Maciej Kossowski

O tym wszystkim co “oni” robią z “naszymi” pieniędzmi

2010-03-22 17:04

Co dalej z bankowością prywatną

Bankowość prywatna w Polsce jest na początkowym etapie rozwoju. Z uwagi na niewielką liczbą tzw. high net worth individuals, czyli osób o wysokich aktywach netto (rzędu min. 1 mln dolarów) zagraniczne instytucje tylko muskają nasz rynek. Banki szwajcarskie otwierają przedstawicielstwa zamiast faktycznie rozpocząć działalność - starają się relatywnie niskim kosztem wyciągnąć rodzynki z ciasta.

To się powoli zmienia, liczba banków działających w taki niszowy sposób rośnie i siłą rzeczy oferta dla zamożnych klientów staje się szersza a instytucje finansowe zaczynają o nich konkurować. Polskie banki mają sporo do nadrobienia. W większości przypadków zamożny klient traktowany jest jako taki któremu można sprzedać więcej produktów.

Doradcy bankowości prywatnej to z reguły najbardziej skuteczni sprzedawcy którzy awansują do wyższej ligi i zaczynają obsługiwać najbardziej zamożnych klientów. Dla banku oznacza to tyle, że te osoby mają generować jeszcze większe przychody - sprzedawać jak najwięcej wysokomarżowych produktów.

Wielu doradców świadomie funkcjonuje w takim modelu. W prywatnych rozmowach często jednak słyszę że chętnie zaczęliby działać na własny rachunek robiąc “prawdziwy” private banking. Pod tym pojęciem rozumiana jest faktyczna opieka na portfelem klienta. Przy czym taki klient płaciłby np. stałą opłatę i dodatkowo oddawał doradcy część zysku wypracowanego na portfelu. W takim modelu doradca rzeczywiście może realizować swoją wizję zamiast na bieżąco sprzedawać produkty o najwyższych prowizjach.

Na rynku będzie coraz więcej takich samodzielnych specjalistów lub firm tworzonych przez osoby opuszczające banki i duże instytucje finansowe. Taka działalność może być prowadzona pod warunkiem, że doradca ma dostęp do odpowiedniej palety produktów. Obecnie jest to już całkiem możliwe. Banki nie mają już monopolu na tworzenie produktów inwestycyjnych.

Mniej więcej od 2-3 lat działają butiki inwestycyjne, które są w stanie dostarczać wyrafinowane produkty - produkty strukturyzowane, inwestycje alternatywne. Sami doradcy mogą też nawiązywać współpracę z instytucjami finansowymi które chętnie wesprą ich w budowie oferty czy np. kancelariami prawnymi które mogą doradzać przy optymalizacji podatkowej, tworzeniu produktów off-shore itp.

Private banking może wrócić do swojej istoty. Trzeba oddzielić sprzedaż produktów od opieki nad portfelem klienta. Warto żeby część instytucji stwierdziła jasno - jesteśmy dostawcami produktów a nie doradcami. Jeśli klient jest na tyle świadomy by je kupować może to robić sam. Jeśli nie, może skorzystać z usług niezależnego, profesjonalnego doradcy.

Oczywiście taki model z pewnością nie będzie dominował. To może być jednak coraz szersza nisza. Prawda jest taka, że banki starają się obudować swój podstawowy produkt jakim jest rachunek rozliczeniowy w produkty o znacznie wyższej dochodowości. Są skłonne otwierać ekskluzywnie wyposażone placówki w centrach miast po to by zamożny klient mógł poczuć się wyjątkowo. Termin private banking został zawłaszczony przez banki. To one wyrywają sobie najzamożniejszych klientów kusząc ich często bardzo pozorną wartością dodaną.

Tymczasem, by prowadzić dobry private banking (rozumiany szerzej niż tylko w wąskim, bankowym ujęciu) potrzebne są trzy rzeczy: doradca o wysokich kompetencjach i wysokim poziomie etyki, szeroka oferta produktów inwestycyjnych (nie tylko finansowych) oraz zdrowa relacja finansowa między klientem a doradcą, która nie wypacza stosunku doradcy do klienta i nie sprawia że klient staje krową którą trzeba szybko i skutecznie wydoić. Rola banku w takim modelu sprowadza się funkcji rozliczeniowo-depozytowej.

Jeśli polskie banki będą potrafiły stworzyć takie modele działalność z własnej inicjatywy mogą liczyć na najzamożniejszych klientów. Jeśli nie będą miał odwagi wielu z tych klientów odejdzie wraz z doradcami którzy osiągają zbyt wysokie kompetencje by uczestniczyć w procederze: sprzedaj jak najwięcej i zapomnij. Część klientów przejdzie do zagranicznych banków które albo są bliżej opisane wyżej ideału współpracy z klientem albo - jeśli realizują “sprzedażowy” private banking to robią to w lepszym stylu. Na ich korzyść działać też będzie efekt snobizmu – chęć współpracy z zagranicznym bankiem z wieloletnimi tradycjami i znaną marką.

2010-02-07 22:52

Wino lekiem na szaleństwo rynków finansowych

Załamanie gospodarcze i krach na rynku akcji czy surowców nie mogły nie wpłynąć na rynek inwestycji alternatywnych. Jednak w porównaniu z tym co się stało na giełdach, aktywa takie jak wino, whisky czy dzieła sztuki okazały się prawdziwym safe haven – bezpieczną przystanią dla oszczędności.

Czym są tak naprawdę inwestycje alternatywne? W mojej ocenie najważniejszą ich cechą jest brak „wirtualnego” obrotu. Coraz większa liczba aktywów – nie tyko akcje, waluty czy obligacje ale także towary rolne, złoto, ropa czy gaz – to przedmiot obrotu na silnie zorganizowanych rynkach. Oczywiście to żaden problem że baryłkę ropy można kupić online nie wiedząc nawet ile to litrów (ok. 159). Gorzej, że można to zrobić wpłacając kilka procent jej wartości i nie biorąc nawet pod uwagę fizycznego odbioru tego surowca. Można też oczywiście zagrać na spadek ropy.

To wszystko sprawia, że ropą (złotem, cukrem..) mogą handlować duże instytucje finansowe, które szukają szybkich zysków i nie przywiązują się specjalnie do tego czy innego rynku. Powstają bańki spekulacyjne. Taka bańka urosła i pękła w 2008 roku na rynku ropy. To samo być może czeka cukier „napompowany” o ponad 150 procent w niespełna rok. A także złoto, którym w coraz większym stopniu handlują fundusze inwestycyjne (głównie tzw. ETF-y) zamiast jubilerów. Chociaż funkcja złota jako jedynej „nie papierowej waluty” daje mu wyjątkowy status i jak na razie chroni głębszą korektą.

Świat inwestycji alternatywnych wygląda inaczej. Najlepiej pokazać to na przykładzie rynku wina. Tutaj również funkcjonuje zorganizowana platforma obrotu – londyńska giełda Liv-ex. Członkowie tej giełdy (kilkaset firm działających w branży winnej) mogą szybko i sprawnie, przez Internet, kupować najlepsze wina na świecie. Trudno tam jednak o klasycznych spekulantów, bo kupno wino oznacza… kupno wina (a nie umownego instrumentu finansowego). Co więcej, żeby kupić wino trzeba – tu kolejna niespodzianka - zapłacić tyle ile ono kosztuje. I najgorsze: nie można sprzedać wina którego się nie kupiło (a tylko pożyczyło), a więc zagrać na spadki.

Tylko tyle i aż tyle. W roku 2008 kiedy giełdy zanurkowały o kilkadziesiąt procent, a nieco później załamały się ceny surowców, indeks Liv-ex 500 (skupiający 500 topowych win) zyskał 5,9 procenta. I był to najgorszy rok w historii tego benchmarku. W roku 2009 indeks wzrósł o kolejne 7,3 proc. W 2008 roku spadł natomiast o 14,5 proc. indeks Liv-ex 100, który skupia wyłącznie trunki z najwyższej półki cenowej i jakościowej. Tłumaczy się to tym, że wielu najzamożniejszych inwestorów którzy stracili krocie na rynku finansowym decydowało się na spieniężenie swoich kolekcji win. W roku 2009 Liv-ex 100 odrobił stratę zyskując 16 procent.

Najciekawszym i historycznie najbardziej zyskownym segmentem rynku wina są zakupy w opcji en primeur. W każdym roku, mniej więcej od kwietnia, można kupować wina wyprodukowane w roku poprzednim. Wina te jeszcze przez ok. 18 miesięcy będą przechowywane w beczkach. Dopiero potem, już oczywiście w butelkach, trafią na rynek, a następnie do piwnic koneserów czy do najlepszych restauracji. W praktyce trunki kupowane w opcji en primeur są nawet o połowę tańsze o win w butelkach i szybko zyskują na wartości.

Hitem ostatniej kampanii en primeur było wino Carruades de Lafite, które od kwietnia 2009 podrożało już o 155 procent. Ten rok zapowiada się równie dobrze. W roku 2008 zyski z en primeur były natomiast nieco niższe. W większym stopniu przyczyną były jednak słabsze oceny krytyków (a więc niższa jakość wina) niż sytuacja na rynku finansowym czy w gospodarce. Na tym właśnie polega alternatywność takich aktywów jak wino, whisky czy sztuka. Dzięki temu, że ich notowania w mniejszym stopniu zależą od spekulacji, inwestycje tego typu zabezpieczają portfel przed „szaleństwem” rynków finansowych.

2010-01-30 11:49

Jak oszczędzić pięć procent kredytu mieszkaniowego

 
Raty malejące nigdy nie cieszyły się szczególnym zainteresowaniem kredytobiorców. To proste: lepiej płacić mniej niż więcej. W ostatnich kilkunastu miesiącach, gdy banki zaostrzyły zasady obliczania zdolności kredytowej, ten system spłat zupełnie odszedł do lamusa. Niesłusznie.

Większość kredytobiorców została już wyedukowana przez media i doradców finansowych: spłacając kredyt w ratach malejących zapłacimy łącznie mniej odsetek. Przy 20-letnim okresie kredytowania odsetek będzie ok. 22 procent mniej. Im dłuższa spłata tym ta oszczędność jest większa. Dla 30 lat wynosi 32,5 procent odsetek, a dla 40 lat aż 41 procent łącznej kwoty odsetek.

To jedna strona medalu. Z drugiej strony, raty malejące przez połowę okresu spłaty zadłużenia są wyższe od rat równych. Oznacza to, że przez pierwsze lata spłaty co miesiąc zostaje nam w kieszeni trochę pieniędzy. Możemy je zainwestować i zarobić na tym więcej niż strata od odsetkach. Przynajmniej w teorii. W praktyce z długoterminowym oszczędzaniem jest w Polsce krucho. Wystarczy sprawdzić ile osób założyło Indywidualne Konta Emerytalne.

Odmienne rozłożenie płatności można też analizować z wykorzystaniem matematyki finansowej. Każdy wie że wartość pieniądza w czasie maleje. Lepiej jest oddać bankowi 100 zł za 10 lat niż dzisiaj. Z uwagi na inflację, w przyszłości za tę samą kwotę będzie można kupić mniej niż dzisiaj.

Do oszacowania rentowności przedsięwzięcia, które przynosi różne przepływy finansowe w różnym czasie stosuje się tzw. wewnętrzną stopę zwrotu (IRR). Można ją zastosować również porównania kosztu rat równych i malejących. Okazuje się, że taki realny koszt w obu przypadkach jest praktycznie identyczny. Fakt, że w ratach równych spłacamy łącznie większą kwotę pieniędzy jest równoważony przez to, że w przypadku raty malejących większość płatności przypada na początkowy okres spłaty.

Tyle teorii. W praktyce kredyty „żyją” krócej niż 30 czy 40 lat. Po pewnym czasie sprzedajemy mieszkanie lub dom spłacamy resztę kredytu i kupujemy kolejną nieruchomość – zaciągając nowy kredyt. Przy takim założeniu  raty malejące są rozwiązaniem zdecydowanie bardziej korzystnym od rat równych. Pokażmy to na przykładzie 30-letniego kredytu na kwotę 500 tysięcy złotych.

Po 8 latach (tyle średnio działają kredyty hipoteczne na rozwiniętych rynkach) w przypadku rat równych spłacimy 266,8 tys. zł odsetek i  52,5 tys. zł kapitału. Wybierając raty malejące oddamy 243 tys. zł odsetek i 133,3 tys. zł kapitału. Łącznie zwrócimy bankowi ok. 57 tys. zł więcej. Jednak po 8 latach nasze zadłużenie w banku będzie 80,8 tys. zł niższe niż po spłacie rat równych. Różnica, a więc 23,8 tys. zł oszczędność na odsetkach w pierwszych 8 latach spłaty zadłużenia. Tyle “zarabiamy” już po 8 latach wybierając raty malejące - to prawie 5 procent kwoty kredytu.

Niestety na oszczędność stać tylko osoby o wysokich dochodach, dysponujące „nadwyżką” zdolności kredytowej. Przy obecnej polityce banków i utrzymujących się nadal wysokich cenach mieszkań takich kredytobiorców nie jest zbyt wiele. Jeśli jednak mamy taką możliwość warto wziąć pod uwagę raty malejące.

2009-11-04 14:39

Co dalej ze strukturami

 

Media jak na komendę rzuciły się ostatnio do podsumowywania wyników produktów strukturyzowanych. Dziennikarze podeszli do tematu jednostronnie i w większości przypadków dramatycznie uprościli swoje przekaz (a czasem, jak w przypadku Polityki o której piszę tutaj, dopuścili się „błędów i wypaczeń”). Mimo że reprezentuję firmę żyjącą ze sprzedaży między innymi produktów strukturyzowanych (i z założenia powinienem być stronniczy) chciałbym rzucić kilka uwag „chłodnym okiem”. Ocenę ich obiektywizmu pozostawiam czytelnikom. 

Polski rynek struktur będzie się rozwijał chociaż zapewne już nie w takim tempie jak w ostatnich dwóch latach. Gdy giełda zaczyna rosnąć inwestorzy zapominają o ryzyku i chcą zarabiać szybko i dużo. Trzeba jasno przyznać że dostępne na rynku struktury im tego nie zapewnią. Z reguły są to rozwiązania kilkuletnie chroniące cały kapitał (lub jego zdecydowaną większość), a wówczas potencjał zysku jest ograniczony.

Jeśli ktoś jest pewny że giełda wzrośnie w najbliższych latach o kolejne 100 czy 200 procent (i wie na pewno że nie spadnie) to prawdopodobnie żaden szeroko dystrybuowany produkt strukturyzowany takiego zysku mu nie zapewni. Struktury nie są dla tych inwestorów którzy wiedzą co będzie w przyszłości. Za gwarancję zwrotu całego kapitału – w razie niepowiedzenia scenariusza który obstawiamy na początku inwestycji - trzeba płacić „podatkiem” od ewentualnego zysku. Ograniczenie ryzyka kosztuje.

Zapomina się też często, że inwestor kupując strukturę nie wkłada pieniędzy do czarnej skrzynki (choć to może się zdarzać – o tym niżej), lecz obstawia jakiś scenariusz. Jeśli zagrał na wzrost giełdy chińskiej a owa giełda spadła, wówczas, na koniec będzie się cieszył, że do inwestycji wykorzystał strukturę, która zwróciła cały kapitał, a nie fundusz w który przyniósłby stratę. To co nie jest zaskoczeniem dla inwestorów bywa dziwne i bulwersujące dla autorów publikacji podsumowujących wyniki zakończonych struktur.

Polski rynek struktur powinien się znormalizować – dorównać do europejskich standardów. Przede wszystkim produktów powinno być zdecydowanie więcej. Nie widzę powodu żeby duży bank, który ma potencjał uruchamiania kilku czy kilkunastu produktów miesięcznie, oferował ciągle taką samą strategię. Oczywiście to łatwiejsze operacyjnie czy marketingowo. Ale siłą struktur jest różnorodność i nieograniczone możliwości. Dzięki tej różnorodności w Niemczech (gdzie w ciągu roku jest nie kilkaset jak w Polsce, ale kilkaset tysięcy ofert na rynku) bez problemu znajdziemy produkty które dały wysokie zyski na spadkach w 2008 roku czy pozwoliły “zlewarować” tegoroczne wzrosty i w efekcie dały zarobić więcej niż wzrosła giełda. U nas takich hitów nie było.

Polskie instytucje finansowe (przede wszystkim banki, bo one mają największy potencjał) zamiast przestawiać się teraz naprędce na sprzedaż funduszy powinny rozbudować zespoły ludzi odpowiedzialnych za ofertę struktur, tak, by per saldo oferta rynkowa dla klientów mogła być znacznie szersza. Zamiast robić wielki szum wokół tego że bank X sprzedaje jedną strukturę na kwartał warto po prostu poszerzać ofertę i dawać wybór.

W mojej ocenie zbyt wiele produktów zostało opartych o wyrafinowane strategie opracowywane przez zagraniczne banki - oparte o różnorodne aktywa, wzbogacone o mechanizmy zmiennej alokacji itp. Część z nich zadziała część nie, jednak większość jest niezrozumiała dla nabywców, a to nigdy nie jest dobre.

Sporo pojawiło sie też produktów “przekombinowanych” jeśli chodzi o sposób wyliczenia zysku. Mimo wiec że były oparte o powszechnie znane aktywa takie jak WIG20 czy złoto to jednak sposób w jaki ich wynik zależy od notowań tych aktywów jest mało przyjazny albo po prostu mało atrakcyjny.

W obu przypadkach końcowym efektem może być zaskoczony inwestor, któremu wydaje się że obstawił określony scenariusz a w rzeczywistości mechanizm jest inny. Na to trudno już szukać usprawiedliwienia – inwestor musi wiedzieć co kupuje. A polski inwestor jednak nie jest jeszcze przygotowany na nowinki ze światowego rynku struktur – tym bardziej, że nie wszystkie te „wynalazki” udane.

To są typowe „choroby wieku dziecięcego” jeśli chodzi o polski rynek struktur.

Teraz czas na możliwie proste produkty, które zbudują mainstream oferty rynkowej. W tym oczywiście takie produkty gdzie kapitał nie jest gwarantowany w pełni ale np. 80 procentach czy nawet wcale (tak jak w produktach strukturyzowanych notowanych na giełdzie). I wtedy wyniki zakończonych struktur nie będą oscylować wokół kilku procent rocznie ale znajdą się w szerokich widełkach – od wysokich strat do wysokich zysków. Co ważne, dzięki nieporównanie większym możliwościom zyski pojawią się także wówczas, gdy tracić będę standardowe fundusze inwestycyjne, które między sobą różnią się głównie nazwami.

Struktury nie zasługują ani na euforię i bezkrytyczne uwielbienie klientów ani na totalną krytykę. Powinny po prostu znaleźć stabilne miejsce na rynku, bo jest to w interesie inwestorów. Struktury to bardzo dobry sposób “podłączenia” swojego portfela pod różnego rodzaju aktywa, w inny sposób trudno dostępne. Jednocześnie sposób pozwalający na kontrolę ryzyka czyli określenie maksymalnej możliwej straty.

Jeśli chodzi o wyniki struktur kończących się obecnie warto sobie zdać sprawę z kilku faktów:

1.  Wysyp struktur w Polsce to głównie ostatnie 2-3 lata, a ten okres to jednocześnie czas dramatycznych spadków wielu instrumentów finansowych. Wyniki struktur nie biorą się z powietrza - zależą od notowań akcji, surowców czy walut. W efekcie wiele struktur zwróci “jedynie” lub “aż” cały kapitał.

2. Niezbyt uczciwe jest porównywanie struktur do lokat bankowych (”w tym czasie mogłem zarobić 5% rocznie”). Przede wszystkim dlatego że klienci którzy wybrali struktury 2-3 lata temu nigdy nie wpłaciliby pieniędzy na lokatę. Dla nich alternatywą były fundusze akcji czy surowców, a te przyniosły straty. Jeśli będziemy porównywać struktury do lokat w czasie bessy i do agresywnych funduszy w czasie hossy (szczególnie jeśli za hossę uznaje się 6 miesięcy wzrostów) to rzeczywiście struktury mają niewielkie szanse. Przy odpowiednio szerokiej i zróżnicowanej ofercie zawsze znajdą się hity, w przeciwieństwie np. do funduszy akcji które w czasie bessy gremialnie tracą.

3. Mało sprawiedliwe jest też odejmowanie inflacji tylko od wyników struktur. Inflacja podgryza po równo wszystkie inwestycje. A nie widziałem informacji o tym że fundusz akcji stracił np. 30 procent ale realnie, po uwzględnieniu inflacji stracił 40.

4. Z tekstów podsumowujących wyniki struktur można wysnuć wniosek, że lepiej jest stracić 30 czy 40 procent niż, po okresie głębokich spadków, odzyskać kapitał (mimo że zainwestowało się w produkt na wzrost np. WIG20 czy ropy). Wykrzyknikami okraszane są przez autorów stwierdzenia typu: „połowa struktur nie przyniosła inwestorom ani grosza”. To jak w takim razie autor tekstu powinien „wybić” informację o tym że wszystkie fundusze inwestycyjne danej kategorii straciły? No tak, to już nie jest sensacja, bo fundusze są jako tako rozumiane przez dziennikarzy – wiadomo, że raz tracą, raz zyskują. Struktury nadal są (i pewnie przez wiele osób, także dziennikarzy będą) traktowane jako czarna skrzynka która ma zarobić. Szczytem takiego podejścia był tekst który pojawił się w ubiegłym roku w Parkiecie o tym że „struktury notowane na giełdzie miały zarabiać a tracą”. Dodam że chodziło o produkty które wiernie, jeden do jednego, śledzą ruchy WIG20 i inne regionalne indeksy giełdowe. Jak widać nawet najprostsza struktura to jednak “tajemnicza struktura”, która zawsze powinna zarabiać. A jaki scenariusz “ostawia”? To już nie ma znaczenia i nie może być żadnym usprawiedliwieniem.

2009-11-02 11:11

Tajemnicze struktury w Polityce

Ponieważ tygodnik Polityka w żaden sposób nie odniósł się do poniższej polemiki postanowiłem ją wrzucić tutaj. Autorem jest Michał Kowalski, Wiceprezes Wealth Solutions.

Zawsze ceniłem Politykę za wysoki poziom i wyważony ton publikacji. Po lekturze tekstu Cezarego Kowandy pt. „Dziurawe koło fortuny” muszę jeszcze raz przemyśleć swoją opinię.

Autor zajął się tematem produktów strukturyzowanych – jednej z form inwestowania kapitału. Tekst razi negatywnym nastawieniem autora do tematu. „Dziwaczna” dla autora jest już sama nazwa tej kategorii inwestycji. Potem jest już coraz gorzej. Struktury to dla autora rodzaj zakładu – żeby zainwestować trzeba umieć przewidzieć jak „będzie się zmieniał kurs dolara czy indeksy na warszawskiej giełdzie”. A czy przypadkiem każda inwestycja nie jest formą zakładu? Przecież wpłacając pieniądze do funduszu akcji również zakładam się z losem, że za kilka lat giełda będzie wyżej niż obecnie. Chybiony zarzut już w dwóch pierwszych zdaniach.

Autor dalej punktuje wady struktur. „Pełna ochrona kapitału wymusza zablokowanie większości pieniędzy na lokacie czy obligacji” (to nieprawda, środki można wycofać w trakcie trwania inwestycji); „oferujący struktury próbują  tworzyć wrażenie że jest to produkt ekskluzywny. Służy temu chociażby procedura zapisów” (zapewniam, nie chodzi o „tworzenie wrażenia” – inaczej się po prostu nie da); „co gorsza, nawet same nazwy mają spore znacznie” (??).

Wśród zarzutów „na siłę” pojawia się istotna informacja o wynikach struktur. Autor podaje przykład struktury która przyniosła 12 procent zysku, a także takiej która wypadła „fatalnie” i dała zarobić 1,5 procenta rocznie. Przy tej okazji warto sobie uświadomić kilka faktów o których autor nie wspomina: a) największy wysyp struktur w Polsce to ostatnie 2 lata b) ten okres to jednocześnie czas dramatycznych spadków akcji czy surowców c) wyniki struktur nie biorą się z powietrza, są zależne od różnego rodzaju aktywów, z których większość w ostatnich latach taniała.

Efekt? Tak, bardzo wiele produktów zakończy się symbolicznymi zyskami albo zwrotem gwarantowanego kapitału. Za ten sam okres inni inwestorzy którzy wybrali np. fundusze akcji stracą po 30 czy 40 procent. I to jest poziom odniesienia, z tymi wynikami należy zestawiać struktury. A to dlatego że dla inwestora, który kupuje strukturę zależną od zmian cen akcji czy surowców alternatywą nie jest lokata bankowa, ale fundusz akcji czy surowcowy. Dzięki strukturze może ograniczyć swoje ryzyko chroniąc kapitał. Nie wie jak się zachowa rynek akcji za 2-3 lata. Jeśli okaże się, że po tym okresie giełda będzie o połowę niżej, a on mimo to ma tyle samo pieniędzy co na początku (dzięki inwestycji w strukturę) wówczas z pewnością będzie zadowolony z wyniku.

Autor nie zapomina przypomnieć o inflacji. Zwrot kapitału – świetnie ale „nominalnie nic nie stracimy, w praktyce będziemy ubożsi o wysokość inflacji”. To bardzo słuszna uwaga. Szkoda, że w tekstach o funduszach inwestycyjnych czy lokatach bankowych o inflacji wspomina się rzadko – a przecież podgryza wszystkie inwestycje po równo! 30-procentowa strata z 3-letniej inwestycji w funduszu akcji realnie, po uwzględnieniu inflacji może sięgać 40 procent. Nigdy nie widziałem takiej informacji w tekście poświęconym funduszom.

Struktury nie są niczym dziwnym ani tajemniczym. W Europie Zachodniej w ciągu kilkunastu lat zainwestowano w nie ponad 4-krotnie więcej niż wynosi PKB Polski. W Polsce to również nie jest tak wielka nowość jak wydaje się autorowi tekstu. O strukturach można pisać ciekawie i obiektywnie – jak wszystkie produkty finansowe mają swoje wady i zalety. Trzeba jednak odrobiny dobrej woli i odpowiedzialności za słowo.

2009-11-02 10:55

Prorok na niestrzeżonym przejeździe

 

W tekście Krystyny Doliniak o blogerach i ekonomistach (często w jednym) którzy “wypłynęli” na kryzysie znajduję wypowiedź Nassima Taleba z 2007 roku: “załamanie światowego systemu finansowego jest tylko kwestią czasu, jak wypadek na niestrzeżonym przejeździe”. Są też przykłady innych “proroków kryzysu”.

Absolutnie nie chciałbym dyskredytować kompetencji i zdolności prognostycznych tych ludzi. Boję się tylko, że część z tych tropicieli czarnych łabędzi może być na wyrost uznana przez inwestorów za nieomylnych guru. A jeśli nawet nie to z pewnością etykieta “tego-który-przewidział-kryzys” staje się niezłą trampoliną (vide: Nouriel Roubini).

Tymczasem czarny łabędź pozostaje zjawiskiem skrajnie mało prawdopodobnym. W efekcie liczba osób, które prognozują takie zdarzenia w danym momencie jest zawsze niewielka. To że udało im się ”ustrzelić” łabędzia nie daje patentu na dalszą nieomylność. Parafrazując Taleba: można stanąć przy przejeździe i oczekiwać katastrofy przy każdym przejeżdżającym pociągu. I za którymś razem w końcu do niej dojdzie.

2009-09-21 9:49

Krótka pamięć inwestorów

 

Inwestorzy mają krótką pamięć. Historia lubi się powtarzać. Tylko takimi banałami można tłumaczyć powrót zaufania do funduszy inwestycyjnych. I to nie w lutym tego roku, gdy spadający nóż można było złapać bez większego uszczerbku na zdrowiu, ale właśnie teraz – po bardzo szybkich i znaczących wzrostach na rynku akcji (w sierpniu saldo wpłat i umorzeń wzrosło rekordowego w tym roku poziomu 1,1 mld zł).

Wydaje się jednak, że inwestorzy zbyt łatwo zapomnieli o ryzyku. Nadal skłonni są próbować swoich sił w łapaniu górek i dołków, co – jak pokazuje historia – nie przynosi dobrych rezultatów. Analizy przeprowadzone na rynku amerykańskim, na bazie kierunku przepływu aktywów na rynku funduszy inwestycyjnych, pokazują że taka timingowa strategia przynosi w dłuższej perspektywie stopy zwrotu na poziomie inflacji.

Nie od dzisiaj wiadomo że psychologia jest istotną siłą sprawczą na rynku finansowym. Jak zdiagnozować zachowanie inwestorów, którzy zaczynają teraz dramatycznie zwiększać w swoich portfelach udział funduszy akcji? Pierwszą połowę tego roku stopniowo leczyli się ze strachu przed giełdą. Kolejne miesiące utwierdzały ich w przekonaniu, że to nie tylko korekta na ścieżce w dół ale rzeczywiście odwrócenie trendu. Teraz są już wreszcie gotowi zainwestować.

Problem w tym, że pociąg jest już mocno rozpędzony. WIG20 jest już 58 procent powyżej dołka z lutego tego roku. Chiński Hang Seng (wielu inwestorów kuszą dostępne w Polsce zagraniczne fundusze akcji chińskich) od połowy marca kiedy osiągnął najniższy w tym roku poziom zyskał już 88 procent. SINdex – indeks skupiający spółki z „grzesznych” branż (alkohol, tytoń, hazard) od marca wzrósł o 130 procent (na tym indeksie oparty jest produkt Wealth Solutions – Las Vegas oferowany w 2008 roku).

Bez obaw – nie wieszczymy nowej odsłony bessy. Gospodarka powoli się rozpędza – firmy zaczną zwiększać zyski, obecne wyceny (mierzone wskaźnikami cena/zysk) za rok czy dwa okażą się zapewne uzasadnione. Nic natomiast nie stoi jednak na przeszkodzie, by w międzyczasie (w najbliższych miesiącach?) rynek osunął się o 20 czy 30 procent. W skali roku giełdowe indeksy nadal byłyby na sensownych plusach. Niestety nie z punktu widzenia inwestorów, którzy dopiero teraz zdecydują się na zakup jednostek uczestnictwa agresywnych funduszy. Czy wystarczy im cierpliwości, by poczekać na wzrosty nieco dłużej niż kilka miesięcy? Obawiam się, że nie.

Ostatnie kilkanaście miesięcy przyniosło sporo zmian nie tylko na samym rynku ale także – co naturalne – w ofercie produktów finansowych dostępnych dla indywidualnych inwestorów. W powszechnym użyciu znalazły się produkty strukturyzowane. Tylko w ubiegłym roku Polacy zainwestowali w ten sposób ponad 5 miliardów złotych. Kluczową – choć nie najważniejszą – cechą struktur jest możliwość zagwarantowania inwestorowi zwrotu określonej części kapitału na zakończenie inwestycji. Najczęściej gwarancję tę ustalano na poziomie 100 procent wpłaconych środków.

W czasie spadków na rynkach finansowych inwestorzy chętnie decydowali się na struktury właśnie z uwagi na ograniczenie ryzyka straty. Struktury oczywiście nie funkcjonują w próżni – ich wyniki oparte są o instrumenty notowane na rynku finansowym takie jak akcje, surowce, waluty czy metale szlachetne. Zdecydowana większość tych rozwiązań obstawiała wzrosty. Praktyka pokazuje bowiem, że inwestorzy nie są skłonni w perspektywie kilkuletniej (a taką długość mają najczęściej produkty spotykane na rynku) obstawiać spadków. Trudno się więc dziwić że wiele struktur uruchamianych w 2007 i 2008 roku zakończy się (lub już zakończyło) jedynie zwrotem kapitału.

Reakcje inwestorów są skrajne. Dla  wielu z nich taki wynik jest sukcesem. Wiedzą, że gdyby 2 lata temu nie wybrali struktury dzisiaj mieliby znacznie mniej pieniędzy, bo alternatywą którą brali pod uwagę był np. fundusz akcji. Część inwestorów jest jednak rozczarowana. Mimo, że w momencie uruchomienia produktu w żadnej mierze nie interesowali się bankowymi depozytami czy obligacjami, dzisiaj argumentują że zamiast struktury mogli przecież wybrać bezpieczny depozyt i zarobić 4-5 procent rocznie. Teoretycznie tak. W praktyce jednak zdecydowali się na ryzyko utraty niewielkiego, choć pewnego oprocentowania na rzecz szansy na wyższą stopę zwrotu.

Media oczywiście chętnie podchwytują niechętne strukturom głosy krytykując je za to, że zwracają inwestorom zainwestowany kapitał bez dodatkowych zysków, nie zgłębiając przyczyny takiego a nie innego wyniku danego produktu oraz zapominając o tym, iż spełnił on oczekiwania inwestora. Dawał mu możliwość osiągnięcia zysku w przypadku realizacji pozytywnego scenariusza na danym rynku, jednocześnie chroniąc jego kapitał w przypadku scenariusza odwrotnego.

Oczywiście struktury nie są idealne. Wiele z nich to produkty dosyć skomplikowane. Zasady obliczania zysku inwestora często mogą czasem przyprawiać o ból głowy. Część produktów nie wręcz większego finansowego sensu. Najlepszym przykładem są rozwiązania dające zysk na poziomie lokaty bankowej ale pod warunkiem zajścia określonego scenariusza np. na rynku akcji czy walut. Jeśli dodamy do tego, że wielu inwestorów tylko pobieżnie analizowało konstrukcję produktów przed wpłatą pieniędzy, wówczas nietrudno o rozczarowanie.
 
Struktury nie są jednak efemerydą, która pojawiła się na polskim rynku i szybko skompromitowała, tylko dlatego, że wiele z nich nie dało inwestorom nic oprócz zagwarantowanego kapitału. Takie postrzeganie struktur jest równie błędne jak nagły nawrót miłości do funduszy inwestycyjnych. Zarówno fundusze, jak i struktury mają swoje mocne i słabe strony. Warto je wykorzystywać świadomie i skutecznie. Jeśli nie udało nam się załapać na pociąg który wystartował w lutym tego roku, należy ostrożnie podchodzić do inwestowania i cenić swój kapitał.  Rozsądnie wybrany produkt strukturyzowany może pozwolić nam wejść na rynek akcji przy jednoczesnym ograniczeniu ryzyka straty, gdyby okazało się że wiara w powrót hossy okazała się złudna.

2009-03-13 10:00

Inwestorzy wolą obstawiać wzrosty

Możliwość zarabiania nie tylko na wzrostach ale także na spadkach - to jedna z potencjalnych zalet produktów strukturyzowanych, powtarzana jak mantra przez zwolenników tej formy inwestowania. Niestety w polskich realiach ten walor struktur nie został jak na razie zbyt mocno wykorzystany. Mimo że ostatnie kilkanaście miesięcy to prawdziwe eldorado dla niedźwiedzi.

Od początku 2007 roku na polskim rynku pojawiło się prawie 400 struktur. W różnej formie - polis ubezpieczeniowych, lokat, certyfikatów depozytowych, funduszy zamkniętych. Do tego może nawet drugie tyle w ramach bankowości prywatnej - tutaj niestety dostęp do informacji o oferowanych produktach jest bardzo ograniczony. W ramach tych rozwiązań do dyspozycji inwestorów były bardzo różnorodne klasy aktywów. Jeśli akcje to niekoniecznie światowe blue chipy ale na przykład spółki z sektora energii odnawialnej czy atomowej lub z egzotycznych regionów takich jak Bliski Wschód czy Afryka Północna. Oczywiście surowce - ropa, gaz ziemny, metale szlachetne i przemysłowe, a także towary rolne - cukier, pszenica, soja, kawa itp. Do tego gotowe strategie inwestycyjne złożone z różnych klas aktywów i “zarządzane” według automatycznie działających modeli. Niestety prawie wszystkie strategie zakładały wzrost tej czy innej klasy aktywów. Tymczasem jeśli spojrzymy na ostatnie kilkanaście miesięcy trudno będzie znaleźć coś co rosło. Dominował kolor czerwony.

W dosyć szerokiej już ofercie polskich struktur udało mi się znaleźć dwie rzeczywiście “niedźwiedzie”. Przy czym nie liczę tutaj produktów Noble Banku i mBanku. Instytucje te odpowiednio w połowie 2008 i na początku 2009 roku zaproponowały zestawy produktów o “lustrzanych” strategiach - na spadki i na wzrosty. Noble Bank w ten sposób potraktował WIG20 oraz ropę naftową, a mBank skupił się tylko na indeksie polskich blue chipów. Dlaczego nie uwzględniam tych produktów? Były to swego rodzaju eksperymenty. Noble Bank nie wrócił do pomysłu. mBank też chyba odpuścił sobie taką strategię. Inwestorzy oczekują jednak od instytucji finansowej że będzie miała jakąkolwiek wizję rozwoju sytuacji rynkowej, a produkt który aktualnie proponuje jest w jej przekonaniu odpowiedni w danym momencie. Oferowanie jednocześnie dwóch produktów obstawiających dwa przeciwstawne scenariusze przypomina komunikat w stylu: „nie chcemy nic sugerować, decyzja należy wyłącznie do klienta” lub dosadniej: „umywany ręce”. Duety tego typu można więc porównać do produktów które obstawiają jednocześnie dwa scenariusze - wzrostowy i spadkowy, oczywiście wiąże się to określonymi ograniczeniami, bo łapanie dwóch srok za ogon nie jest łatwe.

A te dwa prawdziwie niedźwiedzie produkty? Jeden to Aegon Bessa. Jest to węgierski fundusz inwestycyjny, który chroni 90% kapitał inwestując głównie w bony skarbowe i depozyty. Niewielka część aktywów lokowana jest w opcje sprzedaży (opcje put) na WIG20. W efekcie fundusz zarabia gdy indeks spada. Nie jest to udział 1:1 ale między 25 a 50 proc. absolutnej wielkości spadku WIG20. Od początku notowań w listopadzie 2007 fundusz jest 17% na plusie. Nie jest to najbardziej efektywne rozwiązanie dla giełdowych niedźwiedzi ale punkt dla Aegona za odwagę. W pierwszej transzy Aegon pozyskał jedynie ok. 12 mln zł aktywów, w kolejnych trzech ta wartość rosła aż do 56 mln zł we wrześniu 2008. W miarę jak giełda leciała w dół inwestorzy chętniej wybierali taki właśnie produkt. Klasyka.

Kolejna propozycja na spadki to obligacje strukturyzowane dostępne w ramach bankowości prywatnej Banku Millennium. Był to 3-letni produkt z pełną gwarancją kapitału, który wystartował w grudniu 2007 roku. W tym przypadku inwestor miał 120-procentowy udział w bezwzględnej wartości spadku notowań koszyka 15 amerykańskich spółek które w 100 proc. uzależnione są od popytu z rynku lokalnego w USA. W tym przypadku minimalna kwota jaką trzeba było wyłożyć na zakup obligacji wynosiła aż 250 tys. zł. Oferta trafiła więc do nielicznych, zamożnych klientów.

Już na przykładzie Millennium widać jednak jak atrakcyjne parametry można było osiągnąć w produkcie nastawionym na spadki. Gdyby bank zdecydował się zagrać na wzrost wspomnianego koszyka spółek wówczas udział w tym wzroście byłby znacznie niższy niż 120 proc. - być może nawet dwukrotnie. Wynika to stąd że w większości przypadków opcje put (dające zarabiać w czasie spadków) są tańsze niż opcje call (dające zysk na wzrostach). Wynika to stąd, że większość aktywów ma pozytywny forward - czyli ich przyszła wartość, wyliczona matematycznie jest wyższa niż obecna. Na przykład ropa z dostawą w sierpniu jest nawet o 30 proc. droższa niż ropa z dostawą w marcu - to znacznie więcej niż koszty przechowywania tego surowca przez te kilka miesięcy. A opcja to nic innego jak wycenione w pieniądzu prawdopodobieństwo, że cena danego instrumentu finansowego będzie w przyszłości kształtować się określony sposób. Skoro matematyka mówi że akcje, złoto czy ropa za rok będą droższe niż obecnie to również opcje na wzrost będą droższe niż te na spadki. Spadki są więc, przynajmniej w teorii, mniej prawdopodobne. A im tańsza opcja tym lepsze parametry produktu - przede wszystkim wyższa partycypacja i tym samym potencjalny zysk w przypadku trafnego obstawienia scenariusza.

A mimo to struktury na spadki są rzadkością. I to nie tylko w Polsce. W Niemczech od początku 2007 roku struktur na spadku pojawiło się ok. 1000. Kolejne 3600 produktów miało jakiś element zarabiania na spadkach. Sporo? Łącznie na rynku niemieckim w tym czasie zaoferowano ponad 313 tysięcy produktów! Tak wiec niedźwiedzia oferta w najlepszym przypadku stanowi niespełna 1,5 proc. wszystkich propozycji jakie pojawiły się na rynku.

Dlaczego tak mało jest struktur dających zyski w trakcie spadków? Najprostsza odpowiedź brzmi: klienci niezbyt chętnie je kupują. Efekty osiągnięte przez Aegona (łącznie ok. 140 mln zł) pozornie temu przeczą. Trzeba jednak pamiętać, że Aegon dysponuje skuteczną i rozbudowaną siecią dystrybucji złożonej z agentów i pośredników finansowych. Dodatkowo, fundusz Aegon Bessa był jedyną w Polsce powszechnie dostępną propozycją pozwalająca korzystać w czasie bessy. Dystrybutorzy zawsze chcą maksymalizować wartość pozyskanych aktywów i szukają najbardziej nośnych tematów inwestycyjnych. Niestety temat: “zarabiaj na spadkach” do nich należy.

Inwestorzy, którzy przewidują lub nawet już obserwują spadki na rynku akcji są zawsze bardziej skłonni do szukania innych klas aktywów. To samo dotyczy zresztą zarządzających funduszami. W efekcie, spadek notowań akcji w drugiej połowie 2007 roku i na początku roku 2008 przyczynił się do hossy na towarach rolnych czy surowcach energetycznych. Gremialna przesiadka skończyła się nadmuchaniem baniek spekulacyjnych które - tak jak w przypadku ropy - pękły z hukiem jeszcze większym niż miało to miejsce na rynku akcji.

W ostateczności, kiedy inwestorzy nie wierzą już we wzrosty żadnej klasy aktywów wówczas stawiają na popularne na rynku struktur strategie long-short. Opierają się one najczęściej na kilku klasach aktywów (np. surowce, akcje, obligacje) których udział w koszyku zmieniany jest w regularnych cyklach (najczęściej miesięcznych) - może to być pozycja długa (zysk na wzrostach) lub krótka (zysk na spadkach). W przypadku tych rozwiązań najczęściej przywoływana jest teoria portfelowa Harry’ego Markowitza - zgodnie są niż ustalane są wagi poszczególnych elementów w ramach strategii. Oczywiście nie ma róży bez kolców wszystko zależy od tego jaki mechanizm zmiany alokacji został zaaplikowany - wiele takich strategii nie obroniło się skutecznie w czasie “niestandardowych” warunków jakie panowały na rynku finansom w ubiegłym roku.

Gra na spadki jest więc ostatecznością. Niestety podejmowaną często zbyt późno. Przykład Aegona pokazuje, że popularność funduszu rosła w miarę gdy inwestorzy mogli obserwować bessę na własne oczy. Powodów nikłej podaży spadkowych struktur jest jeszcze co najmniej kilka. Mechanika produktów strukturyzowanych działa tak, że im dłuższy okres trwania produktu tym wyższa może być marża dystrybutora. Jeśli struktura ma przynieść prowizję rzędu 4-5 proc. a nie 1 czy 2 i dodatkowo zapewniać pełną gwarancję kapitału musi to być produkt przynajmniej 3-, 4-letni. A trudno przekonać inwestorów że spadki będą trwać kilka lat - zawsze panuje przeświadczenie, że to już tymczasowy dołek, że gorzej już nie będzie. Przykład Japonii, gdzie akcje systematycznie tanieją od 18 lat traktowany jest jako wyjątek od reguły.

I jeszcze odrobina “matematyki”: grając na spadki musimy się liczyć z ograniczeniem zysku - akcje czy indeksy w teorii mogą spaść maksymalnie o 100 procent, podczas gdy wzrosty nie są ograniczone. Na rynkach rozwiniętych zdarzają się oczywiście produkty gdzie udział w spadku może sięgać np. 400 czy 500%. Wówczas jednak w przypadku wzrostów ryzykujemy utratę części kapitału. To jednak wyjątki. Jeszcze niedawno zysk wyższy niż 100% w skali 2-3 lat wydawał się czymś normalnym. Dopiero teraz, tak jak na rynkach rozwiniętych, inwestorzy zaczynają doceniać rentowność rzędu 10-15 procent rocznie.

Wszystko wskazuje na to, że bessa, którą mam nadzieję mamy za sobą zastała polski rynek struktur i polskich klientów na zbyt wczesnym etapie rozwoju. W efekcie nawet w bankowości prywatnej nie wykorzystano potencjału jaki tkwi w produktach strukturyzowanych. Oby wysyp produktów na bessę nie nastąpił zbyt późno kiedy już rzeczywiście miniemy giełdowy dołek. Nie widzę takiego ryzyka - najbardziej realny scenariusz jest taki że struktury dające zarabiać w czasie spadków pozostaną marginesem rynkowej oferty.

2009-03-06 12:53

Na kryzys drobne przyjemności

Na kryzys: drobne przyjemności

Zamiast kupować mieszkanie czy samochód kupujemy czekoladę. Bzdura? Okazuje się, że tak rzeczywiście jest. Zjawisko ma nawet nazwę: teoria drobych przyjemności. W kryzysie nie stać nas na duże więc skupiamy się na tych mniejszych.

Stany Zjednoczone są największym obok Holandii konsumentem i producentem czekolady. A z czego robi się czekoladę? Przede wszystkim z kakao. Do wyprodukowania jednego kilograma trzeba od 300 do 600 ziaren. Okazuje się, że cena kakao jest bardzo silnie dodatnio skorelowana z… poziomem bezrobocia w USA. Mówiąc wprost: im wyższe bezrobocie tym droższe kakao. A więc im gorzej się dzieje w gospodarce, im więcej osób traci pracę, tym większy popyt na podstawowy surowiec do produkcji czekolady. Najwyraźniej czekolada pomaga na depresję wywołaną stratą pracy. A może raczej: pomaga rozładować stres wynikający z obawy przed jej utratą. W końcu za coś trzeba ją kupować - prędzej za pensję niż za zasiłek.

A tak to wygląda na wykresie:

 

źródło: Commerzbank

Bezrobocie w Stanach zbliża się już do 8 procent. Goldmann Sachs prognozuje 8,9 proc. na koniec tego roku i 9,9 proc. w 2010. JP Morgan przewiduje poziom 9 procent w czwartym kwartale tego roku i lekką poprawę sytuacji w roku 2010 kiedy bezrobocie ma sięgnąć 8,7 proc.

Czy Amerykanie zamiast domów i samochodów terenowych będą teraz kupować czekoladę? (nie zapominajmy też o Chińczykach którzy też podobno zaczynają gustować w “konsumpcyjnych zbytkach” takich jak czekolada właśnie). Z pewnością liczą na to takie kraje jak Wybrzeże Kości Słoniowej i Ghana (ponad 50 proc. światowej produkcji), a także inwestorzy, którzy lokują swoje pieniądze w kontraktach terminowych i produktach strukturyzowanych z udziałem tego towaru.

2009-01-30 10:50

mBank i zbieracze wisienek

 

 

mBank padł ofiarą tego, że ma prawdopodobnie najbardziej wyedukowanych i świadomych klientów. Wcześniej wybrali ofertę tego banku jako „wisienkę” spośród wielu słabszych propozycji. Teraz sprawnie zorganizowali w sieci akcję protestacyjną przeciwko proponowanym przez bank -  niezbyt korzystnym dla klientów - zmianom oprocentowania „starych” kredytów hipotecznych.

 

Na forach internetowych nieśmiało przebijają się posty klientów innych banków, które również oferowały kredyty hipoteczne z oprocentowaniem ustalanym decyzją zarządu. Takich banków było naprawdę sporo. Większość z nich korzysta z zagwarantowanych w umowie przywilejów i  nie obniża kosztu kredytów w miarę spadku szwajcarskich stóp procentowych. Inne banki nie mają wyboru - uzależniły oprocent od rynkowej stawki LIBOR a wysokość marży zapisały klientom w umowach. Chcąc nie chcąc musza obniżać oprocentowanie (nawet poniżej 2 procent).

 

mBank w niezbyt udanym stylu postanowił rozwiązać sprawę „starego portfela”. Zaproponował klientom przejście na system LIBOR+marża. Niestety marże zaproponowane przez bank są znacznie wyższe niż te sprzed dwóch lat. Większość klientów dostała propozycje marż rzędu 3-3,5 punktów procentowych (najniższy poziom to 2,3 pkt proc.). Klienci oczywiście nie muszą akceptować zmian w umowie. Ale mogą też odebrać propozycję banku jako rodzaj szantażu: zaakceptujcie proponowane marże (wysokie jak na realia 2006 roku dla „normalne” jak na obecne warunki) albo wasze oprocentowanie wzrośnie (bo decyduje o nim zarząd). Bank zarzeka się, że wcześniej również proponował klientom przejście na nowy system. Klienci w dyskusjach internetowych twierdzą że takich propozycji nie było.

 

Można powiedzieć, że bank nie obniżając oprocentowania przez ostatnie 2-3 lata w ślad za spadkiem stóp procentowych podniósł marże klientom do poziomu 3-4 pkt. proc. a teraz chce taki stan rzeczy usankcjonować. Dlaczego właśnie teraz? Może po to by za jakiś czas nie tłumaczyć się dlaczego, decyzją zarządu, rośnie oprocentowanie kredytów? A że prędzej czy później wzrośnie to pewne – stopy w Szwajcarii nie mają już za bardzo gdzie spadać (cel dla 3-miesięcznego LIBOR-u to 0,5 proc.). Trudno przyjąć argument, że bank nie ma dostępu do franków szwajcarskich i musi podnosić oprocentowanie. W tym przypadku kredyty już zostały udzielone kilka lat temu. Za niską dostępność szwajcarskiej waluty płacą nowi klienci którzy chcą w niej pożyczać. Starzy klienci mogą najwyżej płacić szerszym spread’em za wysoką zmienność na rynku walutowym. To wszystko.

 

Inne banki siedzą cicho, a ich zarządy wolą nie pozbywać się możliwości decydowania o oprocentowaniu. Najwięcej obrywa mBank, który wyszedł przed szereg. Ale nie tylko dlatego. Pamiętam jakie protesty wzbudziło wprowadzenie przez tę instytucję 50-groszowej prowizji za przelewy na rachunki w innych bankach. Teraz razem sytuacja jest analogiczna ale mowa o znacznie większych pieniądzach. Tymczasem od mBanku klienci oczekują samych dobrych wiadomości i darmowych produktów. Sam mBank ich do tego przyzwyczaił – darmowe konto, darmowa karta, supermarket funduszy inwestycyjnych wolnych od prowizji itp. Tym większe jest rozczarowanie i tym bardziej gwałtowna reakcja, gdy okazuje się że to bank jak każdy inny, a nie instytucja charytatywna, której misją jest darmowe zaspokajanie potrzeb klientów.

 

Spora cześć klientów miała idealistyczne wyobrażenie o mBanku. To uśpiło ich czujność. Nie sądzę, by wielu kredytobiorców podpisało umowy kredytowe bez świadomości o tym jakie ryzyko niosą zasady ustalania oprocentowania. Tym bardziej, że to nie była żadna tajemnica. Media sporo miejsca poświęcały kredytom hipotecznym z lubością przypominając kredytobiorcom o tym, że w niektórych bankach to zarządy, a nie rynek, będą decydować o koszcie ich kredytów. Klientów uświadamiali również doradcy finansowi. Nie wierzę, że klienci mBanku – w dużym stopniu elita jeśli chodzi o „świadomość finansową” - nie wiedzieli co jest grane. Przeważyło jednak przeświadczenie, że mBank takiego numeru nie wytnie. Inny bank tak, ale nie mBank.

 

mBank z pewnością jest instytucją wyjątkową. Jego oferta nadal jest jedną z  najlepszych, a być może najlepszą propozycją, dla nowoczesnego konsumenta usług bankowych. I to nie tylko z uwagi na cenę ale na paletę dostępnych produktów (np. ostatnio dodano możliwość zakładania lokat strukturyzowanych online). Jednocześnie jest to także część dużego polskiego banku, który podejmuje określone decyzje biznesowe. Niestety decyzja dotycząca kredytów bardzo mocno nadszarpnęła wizerunek mBanku.